Do piątku mam wolne w pracy. Dziś wieczorem muszę się tylko spotkać z jednym klientem. Także chcę się trochę sobą zająć. Dziś już umówiłam się do rodzinnego. Chcę żeby zobaczył wyniki, dał skierowanie do urologa, bo kolka tak znikąd się nie wzięła.. no i niech zerknie na to zapalenie oskrzeli, czy już przeszło..
Ale miałam dzisiaj koszmar weselny... Wszystko się sypało.. Dosłownie wszystko. Nic nie było przygotowane... Już nie wszystko pamiętam, ale z tego co zostało mi w głowie, to nie miałam nawet sukni ślubnej, nie miałam welonu, latałam go gdzieś tuż przed weselem kupić i nie kupiłam, nie miałam bukietu, Michał pobiegł do kwiaciarni i wrócił z pomarańczowym, sztucznym kwiatem..

Przed samym ślubem biegałam też za butami.. ostatecznie miałam czarne buty w białe groszki a do nich ... czarne skarpetki..

były strasznie wysokie.. jakoś odcięłam po kawałku obcasa, ale i tak nie mogłam na nich ustać, nogi mi się wyginały, Michał musiła mnie mocno podtrzymywać jak szliśmy do ołtarza.. Potem okazało się, że Michał nie wziął obrączek, więc ceremonia została przerwana. Ksiądz już musiał jechać do domu i inny prowadził dalej. Potem zajeżdżamy na salę, a tam nic nie przygotowane.. Zabrałam się z koleżanką za szykowanie wystroju, ae już wchodzą goście i obsługa z jedzeniem, a sala zupełnie goła....
Ych... Masakra jakaś...