e-wesele.pl

social media

Autor Wątek: NASZE PORODY..czyli co? jak? kiedy ?i czemu tak bolało:)....  (Przeczytany 51428 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline tete Kobieta

  • "Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 2.06.2007
Jesli temat juz jest-przepraszam -modemki mogą go wyciąc..ale nie doszukałam sie w JEDNYM miejscu opisu porodów naszych forumek..a z racji tego ze nam sie bebikowo kurczy jakos,ze wątki są zamykane -chciałabym poprosic doswiadczone mamy o opis swoich porodów.
Czyli wszystko co jest nam do szczescia potrzebne ;D:począwszy od tygodnia w którym rodziłyscie,poprzez pierwsze symptomy,wybór szpitala(i dojazd do niego),poród własciwy,do wzięcia na ręce Waszego szczescia...
mysle ze to sie przyda niejednej z nas-takie 'podczytywanie ' o bardziej doswiadczonych mamach.
 8) 8) 8) 8)
"-To wódka?- słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle. -Na litość boską, królowo- zachrypiał- czy ośmieliłbym się nalać damie wódki ? To czysty spirytus. "

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
chyba zbiorczego nie ma fakt..

nie wiem czy to dobry pomysl tetus tuz przed porodem  ;)
ale jak bardzo chcesz to moge skopowac to co napsialam o swoim :D

Offline tete Kobieta

  • "Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 2.06.2007
Vallus-mi tam to nie straszne..wiem ze bedzie bolec jak q..r...w...a.. mac ale mimo wszystko dobrze jest wiedziec jak to było z Wami!
"-To wódka?- słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle. -Na litość boską, królowo- zachrypiał- czy ośmieliłbym się nalać damie wódki ? To czysty spirytus. "

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
Sama chcialas ;)


ps. pisalam to 3 tyg po....

"Relacja poporodowa….

Mineło juz ponad 3 tyg.
Na pewno perspektywa czasu robi swoje i fakt, ze już się jest „po” dodaje otuchy i uśmiechu 

Jak wiecie miałam się zgłosic ok. 10.00 dnia 16.12 (niedziela) na Izbe przyjęc. Rano wstałam w dosc dobrym humorze, nastawiona optymistycznie. Zjadłam lekkie sniadanko, wzięłam prysznic… sprawdziłam co na forum… i ok. 9.40 ruszyliśmy…

Na miejscu z uśmiechem pożartowałam z położną… zbadała mnie, przyszedł lekarz - zbadał i uznal, ze skoro tydz po terminie kwalifikuje się do testu OTC! Zapytałam położnej -„urodzimy dzisiaj” - Uśmiechnęła się….

Przebrałam się, spisali wszystkie papierki, Arek został oddelegowany do domu z rozkazem czekania na tel… o godz. 10.20 byłam już pod kroplówą… Najpierw lezałam na Sali „blokowej” ale szybciutko położona przeniosła mnie na sale „rodzinną” - „jakby się zaczęło to juz będziemy na miejscu”!

Leżałam, w sumie nic nie bolało… puściłam sobie radyjko… i czekałam… tylko, po godzinie strasznie mi się siku zachciało a tu zakaz ruszania się bo zapis ciagle idzie… Przyszła połozna, uznała ze skurcze się ładnie Pisza - ja poki co nie czułam… Wezwała lekarza zbadał… i jak na mój gust przebił pęcherz bo nagle wody chlusnęły… Uzył takiego czegos z „haczykiem” a połozna trzymała pjemnik, bezy nie ‘zalać” łozka…Więc to było „ukartowane”

Potem odpięli mi ktg i pozwolili chodzic, kroplówa cały czas szła… Ok. 12.30 zadzowniłam po Arka, ze może się zbierac - bo „dziś” urodzimy
Za 20 min był już na miejscu!

No i zaczęło się - powiedzmy do 14 było jako tako, czułam z ból narasta ale był znosny… Potem już stał się okrutny - miałam bóle nie tlyko ze tka powiem brzuszne ale krzyzowe - niemal od samego początku… Probowałam piłki i innych cudów - ale nic ulgi nie przynosiło… Prysznic poki co był wykluczony - bo co chwila szły mi jakies kroplowy…
O 15 nie dałam rady - dostałam pierwsza dawke zzo… Okrutne było zakłądnaie cewnika do kręgosłupa - nie chodzi ze sprawia ból, ale wymaga nie poruszenia się w rakcie i potem przez 15 min, pozycja skulona… I wytrzymaj - jak skurcze napieprz…… Ale moja połozna tak mnie złapała, ze unimozliwiła mi poruszenie… Po ok. 10-15 min przysżła ulga… poczułam się jak w letargu.. nagle ból zelżał..kazano mi wykorzytsac chwile na sen - ale jak tu spac….

Niestety po 45 min ból zaczał narastać…. No i wiadomo stawał się coraz silniejszy..a bóle krzyzowe dominowały… Kazano mi chodzic, znowu próba z piłką… itd. - ból sakramencki… o 17 kolejna dawka zzo - i nic, zadnego ukojenia… wiec dawke podwojono… i co.. 20 min względnej ulgi…

W miedzy czasie zaczęło mi być niedobrze… połozna powiedziała, ze ok., tak się zdarza… Kazała ograniczyc picie wody… Po tym jak znieczulenie okazało się nie działac..połozna zabronowała prysznic, odpieła kroplówke..wstalam z łózka.. dygotałam cała - nie wiem czy reakcja na zzo, czy zmeczenie, czy brak glukozy..nie wiem ale było to okrutne… Arek zaprowadził mnie pod prysznic, tam była taka ławeczka - bo nie ustałabym - byłam tak słaba i drżąca… Siadłam - bol krzyz był okropny, skurcze były srednio co 3-4 min… Po prysznicem zaczełam wymiotowac..całe fontanny… To był SAJGON - ból, dygotanie, wymioty,a przy wymiotach napinałam brzucha więc wiecje ze mnie się wylewało dołem… KOSZMAR.. Siedziałm tam ok. 20 min… jak wyszłam czułam się jeszcze gorzej… kazano mi dalej chodzic..bo rozwarcie zatrzymało się - wtedy chyba na ok… 7 cm!

Chodząc nadal było mi nie dobrze - wiec wymitowałam do zlewu.., wtedy znowu lało się itd… wyrwałam sobie kroplów, bo jak mnie pociągnęło…to szarpnęłam… ehhhhh

O 19 kolejna dawka zzo.. moment ukojenia, ale na krzyzowe - nie ma siły !

Od ok. 20 czułam już skurcze parte, od 21 pozwolona przec… najpierw na leżaco, potem na klecząco przy łozku, potem na boku… Jak połozna wychodziła ja nadal parłam - bo to była chwila wytchnienia od bólu… skupiałam się na oddechu i parciu….

Niestety zadnych efektów…

Od ok. 23… na sali było poza mna i Arkiem - 6 osob - połozna, lekarz który mnie przyjął, anestezjolog, 2 młode lekarki, i jeszcze jedna położna… Dwie kazały mi się zapierac nogami o nie, dwie cisnęły na brzuch, Arek pomagał glowe trzymac, ja sama trzymałam się takich uchwytów i …. Lekarz właczył lampe stał miedzy moimi nogami i patrzył…….. Co skurcz i parcie - po ich ustaniu przykładano mi ktg i sprawdzano serduszko malucha… Mi brakowało sił - po 3 godzinach akcji (skurcze były jak dla mnie bez przerwy)- nie mialam siły nawet przytrzymac sama nóg… Wyjęto maskę tlenową… ale nie zdąrzyli użyć…

Ok. 00.15 nagła decyzja - lekarz mówi ”musimy to inaczej zakończyć”! JA ogromne oczy na połozną.. i pytam co to znaczy ( w głowie zaświtała mi wizja kleszczy)…. A ona Cięcie…

Potem już akcja poszła szybciutko…
Połozna do mnie Marta szybko, biegniemy… Ja w amok, w bólach… biegne na bosaka, koszulka zadarta do pasa… ta mnie ciagnie za ręke ..wpadamy na sale operacyjna (ten sam korytarz na szczęscie).. mówi mi żeby się położyła - ja w bólach partych nie ma sznas bezy się wdrapała na tak wysokei łożko… Niemal krzycze ze nie dam rady, ze boli, ze musze przec - ci ze nie wolno..
Podłożyli jakis podescik, pomogli poszyłam się… bóle były starszne, anestezjolog podał dawkę… jak na zbawienie czekałam na ulgę.. Niedługo troche ulżyło… Lekarz zapytal czy czuje jak ukłuł mnie w brzuch -ja ze owszem, pyta czy mam ciezkie nogi, czy mogę ruszac - ja jak najbardziej… A potem….. wiem, ze była jakas dyskusja anestezjologa z jakas inna lekarką… Nałożyli mi maskę…. I obudziłam się po wszystkim jak kończono mnie zszywac…

Małucha widziałam przez momencik, jak wynoszono go na Oiom… Byłam tak zdezorientowana, bo sniło mi się cos zupełnie abstrakcyjnego ze nie kumałam  o co chodzi… Az głupio się przyznac, ale było mi tak wsyztsko jendo, taka ugle poczułam, z juz po wszystkim..ze nie miałam siły się przejąc losem malucha.. Wstyd mi…

Zapytałam lekarza o godzine, powiedział ze 1! Powiedziałam, ze chce mi się pić.. zabroniono! A dygotałam jak galareta… Przewieziono mnie na pooperacyjna, zapodano przeciwbólowe z pompy… kroplówe i jakis zastrzyk, przykryto dodatkowo 3 kocami…

A teraz Arek - bez niego nie przetrwałabym tego wszystkiego…Wiadomo nie wiele mógł pomóc, ale sama w tych bólach - nie dałabym rady! Raz w bolach powiedziałam mu - „Arek zrób cos, pomóz mi” , choc wiadomo - co on mógł…
Troche mnie wkurzał… np. kiedy ja klecząc parałam, on (chciał pomóc) podkładał mi ręcznik pod kolona, żebym nie kleczałana zimnej posadzce itd..to mnie wkurzał - bo co mnie kolana obchodza, jak mnie boli….jak k..m…

Bardzo mi pomógl w tej ostatniej fazie, podtrzymywał, miał siłe żeby pomoc mi przeć…
A na koniec- biedny został sam w tej Sali - wszyscy razem ze mną wybiegli, jemu kazano czekać… Przejął się, zestresował - zostal SAM… Potem widział jak lekarka biegnie z małym do Oiom, potem mnie jak wywoża… Potem mi powiedział, ze bardzo sie zdenerwował....

Pozbierał wszystkie graty , przyszedł do mnie… wtedy dowiedziałam się, ze mały miał problemy z oddechem, ze może zapelnie płuc itd… Przestraszyłam się..ale ciągle byłam w amoku…
Potem pojechał bo go wyprosili - było ok. 2 w nocy…

Zachwile przyszła pani doktor od dzieci… powiedziała mi co było, co jest - ze jeszcze rano będą badac, sprawdzac, ze obserwują… ale ze oddycha samodzielnie i mamy być dobrej mysli….

Napisałam szybko Arkowi, bezy się nie denerwował…

A potem zamiast spac..lezałam i stukałam smsy…………. Byłam jak letargu, a jak zapadłam w drzemke to budziło mnie wspomnienie boli partych i od razu oczy jak 5 zł…

Tyle relacji pordowej dochodzenie do siebie po cc..to inna bajka… inne historie jakie mi się przydarzyły pomine..

ps. dodam, ze o ile kiedys jeszcze przyjdzie mi rodzić to......... chyba od razu zdecyduje sie na cc..... boli, ciągnie, utrudnia wiele..ale chyba nie odważe sie poraz koljeny na "coś" takiego "

Offline kamyczek Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 28.12.2006
to ja "ku pokrzepieniu serc" wklejam swoją relację ;)

Troszkę szkoda, że relacji nie napisałam zaraz po porodzie, tak na gorąco, ze wszystkimi emocjami, z tą adrenaliną, którą ciągle się czuje...


Obudziłam się rano koło 6.00, z dziwnym niepokojem, z myślą (bardzo nieśmiałą), że to może dzisiaj? Czułam lekką wilgoć, ale czy to wody? Jeśeli tak, to dlaczego tak niewiele? Jejku, czy to już? na pewno? Przecież poznałabym. A ja nie wiem....
Żadnych bóli, żadnych skurczy, nic, tylko niepewność. Powoli wstałam, pospaceroałam po mieszkaniu, obudziłam męża. Cały czas towarzyszyło mi napięcie i - jak mi się wydawało - brak wyraźnych oznak. Pojawiło się za to takie ogromne pragnienie - tak, chcę urodzic dzisiaj!!
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc poszłam pod prysznic. Tam wydawało mi się, że wypadł czop. Po jakiejś chwili byłam już pewna, że sączą się wody. Pojawiły się delikatne, wogóle niebolesne skurcze. Postanowiliśmy pojechać do szpitala.

i tak, 31 lipca, koło 10.00 (na pięć dni przed planowanym terminem) pojawiłam się na porodówce. Byłam bardzo podekscytowana, ale też trochę przestraszona. No i ciekawa tego, co dalej, jak to będzie...
Zdecydowałam się rodzić na Unii, bo mój lekarz prowadzący tam pracuje. W dzień, kiedy jechaliśmy do szpitala miał mieć urlop... Jak ja mile zaskoczona byłam, kiedy zobaczyłam że jednak jest! zdąrzył mnie jeszcze zbadać, dodać otuchy 
Rozwarcie było malutkie. Lekarze mówili, że poczekają jeszcze chwilkę i podadzą mi oksytocynę. Jednak obylo się bez!
Koło południa poczułam silne, juz bardzo bolesne skurcze. Dostałam znieczulenie, ale miałam wrażenie, że wogóle nie działa! (tłumaczyli to tym, że szyjka rozwiera się bardzo bardzo szybko!). Starałam się nie myśleć o bólu, tylko o tym, że zaraz zobaczę Tymka! Że przecież właśnie dzieje się o, na co tak długo czekałam! Myślałam o tym, jak bardzo kochanego mam męża, o tym, że jest blisko i mi pomaga, trzyma za rękę, że mówi do mnie, podtrzymuje na piłce... Myśli te pojawiały się jak obrazy, między skórczami, kiedy wydawało mi się, że odpływam, zasypiam. Pewnie przez znieczulenie miałam takie wrażenie snu na jawie. Gdzieś przez mgłę, jakby oczami trzeciej osoby widziałam to, co dzieje się na sali. Co chwilę skurcze przerywały ten sen.
Szczęśliwa byłam, kiedy wreszcie poczułam bóle parte! "jejku, to już, już za chwilkę!"  ...i kolejne myśli, że to nie boli 
Wszyscy kręcili się koło mnie. Lekarz mocno naciskał brzuch - bo maluszek miał rączkę ułożoną na policzku i trudno mu było się wydostać... Wreszcie jest!!  Poczułam synka na brzuchu. Naszego synka. Jaki on maleńki!! Byłam oszołomiona, szczęśliwa... nie wiem co działo się dalej. To już nie ważne. Byliśmy wreszcie razem. We trójkę!!   
ANCYMONEK :)

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
kamyczku pieknie  :-*

ps. jak tak przeczytalam moja realcje, az mi sie płakac zachciało  :'( tylko nie wiem z jakiego powodu.... czy dlatego ze przezylam to jescze raz, czy ze szczescia ze juz po , a Maksio przy nas ::) )

Offline tete Kobieta

  • "Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 2.06.2007
dzieki kobiety!!!!Vallus mi sie tez płakac zachciało ale ze wzruszenia ze taka dzielna byłas..
Ola-rzeczywiscie-Twoja relacja jest 'ku pokrzepieniu serca" moze i mnie sie uda bez oxy...
"-To wódka?- słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle. -Na litość boską, królowo- zachrypiał- czy ośmieliłbym się nalać damie wódki ? To czysty spirytus. "

Offline elisabeth81 Kobieta

  • Chuck Norris
Vall, nie wiedziałam że tyle przeszłaś. Medal ci się należy!
tetku a ty nie czytaj tyle o porodach bo twój i tak będzie inny niż każdej tu forumowej mamy  ;)
"Wstać rano, zrobić przedziałek i odpieprzyć się od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo. Ja zapisuję rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę"

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
Cytuj
tetku a ty nie czytaj tyle o porodach bo twój i tak będzie inny niż każdej tu forumowej mamy  ;)

dokladnie... zaden nie jest taki sam jak inny  :)

Offline Antalis

  • Chuck Norris
Zaden nie jest taki sam ale za to kazdy jest rownie wyjatkowy :)
Ja mam dzis dzien wspominek ( Kacpus skonczyl 8 miesiecy ) wiec to moja relacyjka z porodu ktory milo wspominam:)
y spac czekajac na rozwoj wydarzen.
W sobote o 1 w nocy zbudziły mnie skurcze srednio co 10 minut ale zdarzaly sie i co 15 tak czy siak bolało nieziemsko . Wiedziałam ze cos sie dzieje bo czułam sie tak jakos inaczej. Nie budziłam meza, postanowiłam pierwszy etap pzrejsc sama dajac małzonkowi troszke snu przed ekscytujacym nadchodzącym dniem  Ok 3 skontaktowałam sie z siostra ktora miała akurat nocke i ona mnie "asekurowała" do czasu przyjazdu do szpitala. Kazała "czekac" do 8 z porodem bo na nocce glupia lekarka była  . O 4 zbudziłam małzonka i poinformowałam by pomógł mi sie wykąpac. Skurcze sie nasilały ale były do wytrzymania. Zadzwoniłam do rodziców i tatko po mnie przyjechl. Spakowałam wszystko co trzeba i ruszylismy do szpitala - 10 minut drogi od domku. W tym czasie 2 bolesne skurcze doprowadzały mnie do szału. Po przyjezdzie na oddział zostałam zbadana ( rany co za ból ) - werdykt rozwarcie na 3 palce - rodzimy  Przyjecie godz 5.30.
Podpisałam tylko niezbedne dokumenty - reszta była wpelniona i tu ukłon w strone mojej siostrzyczki bo skad ja bym miala w tych bolach pamietac np. kiedy byla ostatnio chora albo kiedy mi sie brzuch obnizyl lub w jakich dniach dostawalam konkretne dawki szczepionki na zoltaczke 
Tak wiec złozyłam autografy gdzie trzeba było i sru na porodówke  Przebrałam sie, meus tez  Potem zrobili mi lewatywe i kazali czekac.
Gdy bole sie nasilały dali mi pilke i kazali sie "pobawic" - no to Aga w koszuli z wielkimi mychami skakała sobie na pilce nie myslac co dalej. Maz w tym czasie robil foty porodowki  i mnie 
Gdy nie dało sie juz wysiedziec przeszłam na łozko i tam sobie cierpialam. Badali mnie co chwile - myslalam ze im kopne. Najgorsze badanie to podczas skurczu ale co tam - myslałam - kto to przejdzie jak nie ja
Wszyscy chwalili ze super akcja, ze scianki cienkie ( tak jakbym wiedziała o co biega  ) i ze rozwarcie postepuje. Zrobiono mi "fryzurke" i podlaczyli kroplowe. Bolało strasznie, maz dzielnie pomagal a we mnie strach narastal. W pewnym momencie przyszedl do nas ksiadz. Przyjelam nawet komunie  zrobil znak krzyza na brzuszku i obiecal ze bedzie sie modlil za szybki porod i zdrowego dzidziusia na mszy ktora zaraz idzie odprawiac. Moze sie bedziecie smiac ale ulzyło mi. Wiedzialam ze tesc i babcia czuwaja nad nami.
W ksiazeczce mały ma napisane ze pierwsza faza trwala 5 godz i 5 minut druga 20 minut. W ciagu tych 20 minut mialam niezły odlot - zaczely mi cierpnac rece i stracilam w nich czucie. Zaczelam sie jakac a rece zaczely drzec jak u alkoholika. Wszystcy w strachu a ja najbardziej. Balam sie ze bierze mnie paraliz jak przy ospie ktora przeszlam. Dostalam cos przeciwbolowego i prawie odplynelam. Potem ju zbylo tylko lepiej. Lekarz zamontowal sobi etaki drazek by mi pomoc i polozyc sie na brzuchu ale ja sie tylko spytalam czy moge sie trzymac tego drazka i po uslyszeniu odpowiedzi twierdzacej juz do konca chyba go nie puscilam . Lekarz powiedzial tylko do siostry " Coz chcialem pomoc siostrze ale chyba mi nie pozwoli"  Wiem tez ze kazal mowic do mnie mojej siostrze o tym co sie dzieje bo mi oczy "uciekały" i lekarz myslal ze go nie slucham.
W pewnym momencie ktos mi "zwinal" z pod tylka lozko i zamontowano te takie "nanozniki". Wody odeszły a ja spanikowana do siostry " Kasia ja sie posikalam - ale wstyd". By sobie uzlyc delikatnie gryzlam meza i skupialam sie na tym by mocniej tego nie zrobic - pozwolilo mi to nie patrzec na bol.
W pewnym momencie uslyszalam - no to teraz Pani Agnieszko koncowka - trzy skurcze i maly bedzie z nami.
No i urodzilam w 3 lub 4 skurczu :)Maz krzyczal mi do ucha "Aga dawaj dawaj" a ja przy przed ostatnim badz ostatnim powiedzialam tylko " Kacper wylaz  ". Mały dosłownie wyskoczyl ze mnie a po nim duzo wody. Niestety zostalam nacieta i to nie podczas skurczu co spotegowalo bol ale co tam - MAŁY BYŁ NA SWIECIE . Nie polozono mi go jednak na pierciach - nie dosc ze bali mi sie go dac bo nie mialam czucia w rekach i moglabym go nie utrzymac to jeszcze mial krotka pepowinke i mialam go tylko na brzuchu. Mezus odcial pepowine  a sis robila zdjecia 
Potem zabrano go obok, wykapano, ubrano, zwazono i oddano tatusiowi  Ja w tym czasie urodzilam łozysko- i to bylo nawet przyjemne - bez bolu i nerwów, ze swiadomoscia ze juz po wszystkim , ze maly zdrowy a my zostalismy własnie rodzicami.
Zszyto mnie i zawieziono na sale. Potem to juz tylko telefony do rodziny i znajomych i straszna radosc przplatana zmeczeniem. Niestety cala ta otoczka tego co sie stalo nie dala mi zasnac tego dnia ani tez nastepnego dopiero popoludniu sie zdrzemnelam.
Mały byl strasznie grzeczny, spal i jadl choc z pokarmem to nie bylo łatwo.
Dzis tez wiem ze bez meza i siostry bylo by mi ciezej to wszystko przejsc. Oboje spisali sie na medal za co im BARDZO BARDZO DZIEKUJE i bede wdzieczna do konca zycia.

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
Antalis :) az sie usmiechnąełam jak poczytalam...
W czasie porodu kobiete nachdza wlasnie takie dziwne "troski" - rany wstyd posikalam sie, albo cos..hehehe :)
no i fajnie chyba musiało wygladac jak krzyczalas do Kacpra zeby juz wylazł  :D i popatrz taki posłuszny od urodzenia :D

ehhh - kazda przeżyla swoje... ale teraz "miło" w pewnym sensie się wspomina  :)


Offline Antalis

  • Chuck Norris
Vall no musialam malego jakos zmobilizowac mo mezowi ,mojej sis no i mnie sil zaczelo brakowac :P
Dzis z checia bym znowu rodzila :)

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:

Dzis z checia bym znowu rodzila :)

no widziałam u Beti jakąs nostalgie w tonie postu  ;)

rybkawiedenka

  • Gość
wątek już był i został usunięty, mam nadzieję żę z tym będzie inaczej.

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
wątek już był i został usunięty, mam nadzieję żę z tym będzie inaczej.

a dlaczego usunięto ???

rybkawiedenka

  • Gość
1. Niewiele dziewczyn pisało - umarł naturalnie
2. uznano że porody są na tyle osobiste ze wystarczy że ich opisy znajdują się w relacjach/wątkach dzieciaczków a powielanie ich tutaj jest poprostu dublowaniem tego co już raz napisane

Były jeszcze powody dot faktu że to publiczne forum itd....ze stresowanie pierworódek. itd.

Offline anusiaaa Kobieta

  • Chuck Norris
Vall juz drugi raz czytałam twoja opowiesc porodową i ponownie chyle czoła  :uscisk: .....ale jak to czytam, to zawsze sobie mówie, ze jak mozna przezyć taką akcję, to luz - nie boję sie ;D

Antalis - ja to zawsze miałam schize jak to jest z tym sikaniem w czasie porodu :P

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:

Były jeszcze powody dot faktu że to publiczne forum itd....ze stresowanie pierworódek. itd.

z tym stresowaniem to sie zgodze :) dlatego pytalam tetki :D

swoja droga jest cos takiego..takie samobiczowanie sie tuz przed - ze człowiek szuka, czyta..hmmm dziwny mechanizm  ;)

Offline kamyczek Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 28.12.2006
Cytuj
swoja droga jest cos takiego..takie samobiczowanie sie tuz przed - ze człowiek szuka, czyta..hmmm dziwny mechanizm
hehe, u mnie było tak samo ;)


Antalis - ja to zawsze miałam schize jak to jest z tym sikaniem w czasie porodu :P

ja przed porodem trochę się tego obawiałam... ale w trakcie? nawet mi do głowy nie przyszło! innymi myślami zajęta byłam ;)
a nawet jeśli zdarzy się to, czy coś innego - nic się na to nie poradzi, przecież to naturalne - a położnicy nie pierwszy raz poród odbierają ;)

swoją drogą, na porodówce, a potem na połogu w szpitalu, skutecznie oduczyłam się "wstydu" i "zażenowania" w różnych sytuacjach
czy jeśli chodzi o wizytę u ginekologa, czy o karmienie piersią nawet w bardzo publicznym miejscu ;)
ANCYMONEK :)

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:


swoją drogą, na porodówce, a potem na połogu w szpitalu, skutecznie oduczyłam się "wstydu" i "zażenowania" w różnych sytuacjach


oj to prawda :D człowiek wyzbywa sie wstydu kompletnie :) nie ma wyjścia..co chwile oglądaja, karmic trzeba nie wazne kto jest w odwiediznach u nas czy u koleżnaki z łozka obok :D
a na porodówce... wychodzi zwierzeca natura :D hehehhe

Offline pomarancza Kobieta

  • entuzjasta
Rodziłam w szpitalu w Wałbrzychu - z czystym sumieniem moge polecić!

Do szpitala trafiłam 8 dni po terminie -  21 maj okropne upały, na Jagodzie czekałam juz od końca kwietnia, bo zapowiadała się jako duże dziecko. Byłam wielka, spuchnieta i zdolowana, że jeszcze  nie rodzę. Zero oznak zbliżającego się porodu, brzych wysoko, zero skurczy przepowiadających, szyjka długa i twarda. Wzięli mnie na patologię. Położna kazała masować brodawki i powiedziała, że najpóxniej do środy urodzę. Zrobili mi USG - Jagodzi nic nie urosło - jak mnie straszyła mama, waga wg USG 3700 ;)
W szpitalu gorąco, duszno. Do tego nagły nawał porodów. Porodówka cała zajęta. Na sali leżałam m.in. z dziewczną w 36 tyg ciąży. Dziecko z małą wagą, dziewczyna ma skurcze, dają jej na podtrzymanie, żeby dzidzia urosła, a ta durna dziewucha masuje brodawki, lata po schodach i co chwilę na papierosa, bo ona już chce urodzić! Normalnie byłam w szoku. Szkoda gadać.
No i tak leżę - choć w sumie więcej chodzę po szpitalnych schodach, poniedziałek mija, wtorek - obchód. Niestety narazie nic nie będą ze mną robić, bo porodówka im się nie zamyka, a ja mogę poczekać. Normalnie ogarnia mnie jeszcze wieksza depresja.
Środa - test oxy. Wszystko OK, a mnie nadal nic nie rusza. Mam dalej masować brodawki i chodzić, chodzić, bo szyjka twarda. W szpitalu ukrop, mam juz odciski, odparzenia od chodzenia. Telefon do męża, mamy - płacz, bo ja chcę już byc po. Dzień się dłuży strasznie. Z rana tylko odwiedziny męża, bo potem do pracy, a niestety nie ma mnie kto odwiedzać, bo to jednak 40 km w jedną stronę, a rodzice niezmotoryzowani. Jednak wieczorem przychodzi położna i przynosi mi ogromną radość mówiąc, że rano mam się zgłosić lewatywę. Nie wiedziałam, ze to może mnie tak ucieszyc. Do tego „mój” lekarz mówi, że jutro ma dyżur i na pewno urodzę. Mąż więc już załatwia na czwartek urlop.
W nocy mało co śpię, bo już tuż-tuż wielki dzień. Rano pakowanko, lewatywa i trafiam na porodówkę. Podłączają KTG, oczywiście zero skurczy, bo skąd tak nagle.  Przychodzi lekarz - nie mój, ale przysłany przez mojego. Badanko, pociesza i mówi mi, że dziś urodzę, że skurcze powinny się pojawić. Myslę sobie, co jest. Jak mam urodzić, jak oni mi nawet kropłowki nie chcą podłaczyć. Ale okazuje się, że zaczynają mnie łapać lekkie skurcze. Jak się później okazuje - dostałam globulkę dopochwową w czasie badanie - normalnie wielka konspirajca.  Niestety, skurcze nie są jeszcze regularne, a potrzebne jest miejsce na porodówce. Wracam na salę. Mąż przyjeżdża, bo przecież miałam rodzić. A tu nic, zero akcji. Kolejne wielka depresja, płacz, mam już wszystkiego dosyć. Ale mój lekarz bierze mnie na badanie. Robi mi straszny masaż szyjki i znów coś aplikuje. Pociesza, mówi, że w nocy na pewno urodzę i wysyła na razie męża do domu, ma wrócić po 21. No i każe chodzić, chodzić, chodzić.
Po lewatywie nie jem cały dzień, bo nie chcę jej przezywac jeszcze raz. Jestem słaba i głodna.
Nadchodzi wieczór. Czuję skurcze, ale nie są mocne. Chodzę, a wręcz toczę się po szpitalnych korytarzach, w tą i z powrotem. Po męża nie dzwonię, bo nic się jeszcze nie dzieje. Zaczynam znowu schizować. Przed północą idę do położnej, mówię, że mam skurcze. Nie potrafię określić, co ile, bo czuję je jako jeden ból. Bada mnie, niestety szyjka nadal twarda - kolejny masaż szyjki, umieram. Każe nadal chodzić.
Koło godz 2 po północy, poddaje się idę do położnej i mówię, że dużej nie dam rady. W końcu litują się nade mną i biorą na porodówkę.
N porodówce, badanko, KTG, podłączają kroplówkę. Mąz przyjeżdża przed 6 rano. Przebijają mi pęcherz z wodami. Kolejna kropłowka. Skurcze stają się coraz mocniejsze, mocniejsze. Jęczę, czuje się coraz słabsza, drugi dzień nic nie jadłam i nie spałam. Mąż daje mi gryza snickersa. Skurcze stają się nie do wytrzymania. Między jednym, a drugim skurczem - na tą krótką chwilę usypiam, nie mam już siły na nic. Co jakiś czas badanko. Rozwarcie coraz większe.
Przed godz. 12 kolejne badanko - rozwarcie na 10, głowka się nie obniża. Czy zgadza się pani na cesarskie cięcie. W tej chwili na wszystko bym się zgodziła, zeby tylko to się skończyło. Mąż przytrzymuje mi rękę, bo nie jestem w stanie się sama podpisać na zgodzie.
Przewożą mnie na salę operacyjną. Nie jestem w stanie usiedzieć, zeby wbili mi znieczulenie. Muszą mnie podtrzymywać. Zaczyna się lekarze sobie żartują, a ja odlatuję. Chce spać i nic więcej. Ktos mnie szturcha, żebym nie usypiała. A ja myślę tylko, żeby usnąć. Godz 12.50 - wyjmują Jagodzię. Ktoś mi ją pokazuje, mówi, prosze zobaczyć, jakie córka ma długie włosy. A ja nie mam siły nawet popatrzeć. Ma 3570g i 56 cm - 10 pkt.

Godzina na sali pooperacyjnej jest dla mnie wybawiająca. Spię, odpoczywam. Wkońcu wiozą mnie do Małej. Jest mąż: widziałeś ją? Widzę moje zawiniątko z daleka. Leży w wysokim wózeczku szpitalnym, a ja nie jestem w stanie się ruszyć, żeby zajrzeć. Maż boi się wziąc ją na ręcę, zeby mi pokazać. Robi mi zdjęcie i pokazuje Jagodzie na aparacie, jest cudowna! Leży cały czas obok mnie na wózeczki, ale dopiero następnego dnia dają mi ją na ręcę i mogę ja dokładnie obejrzec.

Całą ciążę mówiłam, ze nie boję się porodu i że nie będzie mnie boleć. Troszkę się rozczarowałam, ale dziś moge stwierdzić,że wszystko można przezyć dla Takiego Skarba. I mogłabym dla Niej jeszce raz i dwa to znieśc.

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
oj Pomarańczko - tez swoje przyzylas  :przytul:

Offline Antalis

  • Chuck Norris
Wam sie latwo mowi ale ja mialam dodatkowy stress bo nie chcialam sis siary narobic .
Zalezalo mi by nie wspominali mnie zle w szpitalu :P Obiecalam sobie ze nie bede panikowac i krzyczec.
A i tak zapadlam w pamieci przez ten paraliz i jakajaca mowe.

Swoja droga prosciej mi bylo wszystko zniesc bo choc bolalo to mialam o czym myslec.
A co do tego ze juz rozne rzeczy widziano na porodowce ... slyszalam ze kiedys rodzaca wszystko obs**** bo na lewatywe sie nie zgodzila.Kobita ze 150 kilo wagi i miala tego troche w sobie :P

Dzieki Bogu za lewatywe :)

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:

Offline pomarancza Kobieta

  • entuzjasta
Vall - ja się po prostu nastawiłam na lekki poród, a troszke inaczej było. Ale teraz wiem, ze da się to przezyć. Niestety miałam mało sil ze względu na to, że byłam strasznie głodna i senna. I teraz tak myślę, że nie wiem, czy dałabym radę przy bolach partych, czy znalazlabym siłe. Dobrze, ze skończyło się cc. No i jak kiedys będzie drugi dzidziuś to chyba bym chciała od razu cc.
No i oczywiście - co było dla mnie zbawienne - obecnośc męża. jak ja jęczałam, zwijałam się z bólu, a on biedny próbował pomóc. To mi też dawało siłę.

Offline Vall Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 07.07.2007 :smile:
No i jak kiedys będzie drugi dzidziuś to chyba bym chciała od razu cc.

to tak jak ja :)

Offline tete Kobieta

  • "Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 2.06.2007
jesli idzie omnie..
NIE STRESUJĄ MNIE Wasze opisy.,wlasciwie dziwnie uspokajaja...ze wiem na co ew, moge sie przygotowywac...ze poznaje jak to jest wg.Was 'czuc sie jakos inaczej"(wiele z Was otym pisało ze w dzien porodu jakos tak inaczej sie czuje)wiec jesli modemki i reszta forumek nic nie ma przeciwko -popodczytuje sobie WAs
"-To wódka?- słabym głosem zapytała Małgorzata. Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle. -Na litość boską, królowo- zachrypiał- czy ośmieliłbym się nalać damie wódki ? To czysty spirytus. "

Offline *Ewelina* Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 29.12.2007
Poczytalam sobie bo to tez cos dla mnie :) fajnie tetku ze załozylas taki wąteczek pewnie Nam sie przyda.


Offline sandrunia Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 18.08.2007
Super temat jak dla mnie...ja teraz odliczam do drugiego...nie boje sie jakoś specjalnie...marze o takim jaki był pierwszy :) czasem mówią że przy drugim jest łatwiej czasem nie bo mam przykład mojej mamy...jedyne czego się boje to cc nie wiem czego jakoś mnie przeraża...z Wanessą było bardzo łatwo...dawno było cale emocje już opadły...byłam po terminie...poszłam do gina 2 stycznia dał mi skierowanie do szpitala nie spieszyło mi się bo po co poszłam dopiero wieczorem i to był błąd..a może i dobrze...rozwarcie już 2 stycznia miałam na 2 bez niczego...w szpitalu nic...powiedzieli że jutro...młoda byłam bardzo...ale opieka była fajna miła itd...i
rano ok 7 dali mi zastrzyk ale nic po godzinie kolejny, nic chodź pod koniec lekkie skurcze...i trzeci zadziałało mamy ok godz 10 bóle mam czasem nie do wytrzymania,niestety sama z tym...zazdroszczę innym że miały mężów,ja niestety byłam sama...po godzince porodówka...tam właśnie "posiusiałam się" odeszły wody i już było praktycznie po...pomagała mi położna...przyjechała w tym czasie inna kobieta karetką do porodu z właśnie kolejnym i darła się niesamowicie...trochę mnie przerażało...ale zaraz skupili się na mnie...przeć...blisko...przeć...główka...przeć i po wszystkim i niespodzianka o 11:35 mam córeczkę o której w sumie w sercu czułam ze to będzie dziewczyna...potem łożysko, to już było nic byłam rozcięta...zszywał mnie doktor...i żartowaliśmy sobie...poprosiłam oby było ładnie ;D przewieźli mnie i dostałam obiad co po ponad dobie był marzeniem :) kobitka tamta została tam i troche trwało jej...mnie przewieźli na sale i o 15 zostałam przyłapana na tym ze ide do WC...zjechana od góry na dół z opuszczoną głowa wróciłam...no byłam rozbrykaną pacjentką a pozwalali wstać dopiero po 6 godzinach i to z asystentką...pierwsza kąpiel bajeczna...pielęgniarka czeka przed prysznicem a ja w krzyk co z moją skórą...ona w śmiech a ja w rozpacz ;D potem na jaja prowadzi mnie...miałam ubaw tam :) noi dobra co tu gadać czekam i czekam a mi małej nie przynoszą :/ wołam babki a te lekko zdziwione że ja chce dziecko już...co takiego w tym dziwnego...każda odpoczywała a ja całe 3 dni w szpitalu wpatrzona w małą,tylko do WC wychodziłam :)

także poród dla mnie nie był okropny jak u niektórych...życze takiego każdej...i sobie drugiego ;D tylko teraz już z mężem u boku  :brawo_2:

Eva*

  • Gość
To i ja skopiuje swoje wypociny ;D Troche bedzie dużo do czytania ::)

Moja ciąża była trudna....ciągłe pobyty w szpitalu...(14t.c- zagrożenie poronne;skurcze twardy brzusio.21t.c- zagrożenie poronne;duszności, twardy brzuch . 34t.c- poród przedwczesny;skurcze, skracanie szyki macicy.38t.c- poród przedwczesny;skurcze rozwarcie 1 cm.)Niby sytuacja wcale nie była tak groźna to ja i tak ratowałam się jak umiałam(tabletkami, odpoczynkiem), ale i tak zawsze kończyło się szpitalem...moim drugim domem.Za każym razem szprycowano mnie tabsami( Arrow czytaj tabletkami) w dwóch ostatnich przypadkach kroplówkami i zastrzykami. Evil or Very Mad  Tłumaczyłam sobie, ze to wszystko dzieję się przez stres(skad ten stres można doczytac w wątku "Jak powiedziałyście najbliższym o ciazy" )W wyniku leków jakie przyjmowałam okazało się, ze musiałam jechać do szpitala na brak porodu Sad  Termin z ostatniej miesiączki wychodził na 23 grudnia, a z dwóch USG na 22 i 24 grudnia lecz okazało się, ze nasz wyczekiwany prezent Bożo Narodzeniowy rozmyślił się i postanowił przeczekać do Wielkanocy  Czeka   Tak więc tydzień po terminie zadzwoniłam do położnej i ta kazała mi wziąść walizy pod pachy i szorować do szpitala, bo, że niby zawsze lepiej być pod stałą kontrolą. Jak powiedziała tak zrobiłam i 30 grudnia znów wylądowałam na szpitalnym łóżku. Po badaniu lekarz oznajmił, że dzidzi ni słychu ni widu, na co moja teściowa prawie zaklaskała uszmi z radości Hurrra , bo bardzo pragnęła aby moje dziecko urodziło sie już w Nowym Roku. Przekupiła doktorka, żeby nic ze mną nie działali w starym Roku, a najlepiej, zebym urodziła dopiero 3 stycznia (w jej imieniny  Daje_kwiatka  .) No i zostałam na oddziale położniczym wsród mamaus jako jedyna z tobołkiem na brzuchu , a nie w garści( Arrow czytaj na reku) Chyba po godzinie okazało się, że zaczyna się coś dziać...a mianowicie skurcze...choć na KTG nie wyglądały groźnie, to mnie i tak bolało!!! Z tymi bólami przeżyłam wieczór, noc, no i kolejny kilka godz. w dzień, żeby potem na pare godzin móc odpoczać. A był to sylwester...Mój Misio zamiast szampana wypił ze mną lampkę Kubusia... i pojechał świętować do domku  Koncert  a ja znów zostałam sam na sam z moim brzuchem Rolling Eyes  No i na domiar złego znów zaczeły się bóle, ale silniejsze... i zdaje się, ze czop śluzowy pooooowoliiiiiiiiii zaczął się odklejaći wyłaźić.....Całą rodzinę postawiłam w stan gotowości.Całego sylwka do godziny 2.00 miałąm bóle, aż w końcu piguła ulitowała się nade mną i zabrała mnie do zabiegowego  na badanko... Okazało się, że szyjka ma już rozwarcie na 3 cm...kazała jeszcze czekać, potem powrócilam na łożko i ze zmęczenia padłam na twarz i zasnęłam. Obudziłam się dopiero o 6.30 gdy wepchnięto mi termometr pod pache. Skurczów nie było...w końcu przyszedł lekarz na obchód i w końcu wyznaczył mi prowokację na dzień 3 stycznia (to się tesciówka ucieszyła gdy okazało się, że jest wysokie prawdopodobieństwo, ze właśnie wtedy urodzę) Gdy TEN dzień nadchodził wielkimi krokami, zaczeło mnie nękać widmo cesarskiego cięcia. Choler*** się bałam tego i poprzysiegłam sobie, ze urodze siłami natury i ze nie dam sobie wyrwać dziecka za pomocą skalpela...jak sobie obmyśliłam tak zrobiłam. Choć gdyby sytuacja była krytyczna to gówno miałabym tu akurat do gadania, bo zdrowie maleństwa najważniejsze. Pocieliby mnie i koniec. No ale naszczeście nie musieli... Polecenie od lekarza było takie 3 stycznia o godz. 6.00 na porodówke, ale i tak położna przyszła po mnie dopiero o 7.00. No i poszłyśmy...gdy tam weszłam i zobazyłam łoże boleści poczułam ogarniający mnie chłód...No cóż piguła kazała położyć się na łóżku, podłączyła krpolówkę i kazała czekać, a w razie co alarmować i wyszła.... Zostałam sama. Pytacie dlaczego nie było ze mną męza? hehe...Bo nie byłam mężatka...a tak serio to  na początku ciąży bardzo chciałam, a on nie za bardzo... i z czasem podjełam dość przemyślaną decyzję, że chce urodzić sama bez dopingu Marcina. Tak więc leżałam sobie...z kroplówką w zewnętrznej cześci dłoni, z zegarkiem w drugiej ręce i się nudziłam (nigdy nie pomyślałabym, że mogę się nudzić na porodówce). Potem dla mojej rozrywki wyłączyli prąd...KTG przestało działać na jakąs chwilę...Nie wiem po jakim czasie zaczełam odczuwać bóle w krzyżu, ale takowe się pojawiły...po kilku kwadransach w końcu pojawiły się w dole brzucha, były nie regularne...ale zaczynały męczyć...gdy KTG znów zaczelo działać okazało się, że skurcze są i to dość porządne! nie pamietam do ilu dochodziły, ale pamiętam słowa położnej"No jeśli będzie tak dalej to dziś na pewno urodzimy..."na co ja się wielce zbulwersowałam i zapytałam jak nie dziś to kiedy i dlaczego...a ona na to, że jeśli dziś będą surcze, a rozwarcie sie nie zrobi, to spróbujemy jutro, po jutrze, a gdy nie uda sie za 3 razem  to cesarka...Cooooooooooooooo???- pomyślałam, ale siedziałam cicho...Położna zbadała mnie i wyszła, a rozwarcie sie nie powiekszało, tylko szyjka była zgładzona......Wnerwiłam się na maksa, bo, że niby ja mam rodzić w kilku podejściach....o nie!!! co to to nie...jak rodzić to w jednym podejściu i w jednych bólach!!! Jedyne co wtedy przyszło mi do głowy, to to, że musze zrobić coś, zeby poród rozkręcił sie na dobre...i wymyśliłam(być może był to bardzo nie odpowiedzialny pomysł, ale wprowadziłam go w życie...)- podkręciłam kroplówkę, żeby te płyny szybciej kapały...Wtedy rozpętało się piekło...skurcze stały się naprawde silne, regularne i rozrywające...Zaczełam sobie pojękiwać..., a w tle co pół godziny słyszałam dzwonek telefonu...-mój M. wydzwaniał do szpitala, czy już sie coś dzieje, połóżna kazały mu dzwonić po południu. Po jakims czasie położna przyszła znów mnie zbadac- szyjka miała rozwarcie na 6 cm czyli, ze GENIALNIE! Powiedziała, że na porodówce można robić wszystko, nawet krzyzeć, bo to jej nie przeszkadza, jedno czego mi nie wolno to gryźć  kopać...Hehe tyle to dało się zrobić.Obok w sali  rodziła szpitalna znajoma i tak na zmiane pojękiwaliśmy...aż w końcu nasze marudzenia przeistoczyły się w stłumone  krzyki. cholernie bolało, ale nie miałam dośc, miałam tylko cheć jak najszybciej urodzic! Potem miedzy swoimi krzykami słyszałam, ze tamta rodzi- prze, ze urodziła synka, ze dała mu na imię Piotruś, a potem przyszedł do mnie lekarz...i oznajmił mi, że rozwarcie pięknie się powieksza i że to już 8 cm...Ginio stwierdził, że mi pomoze..., ale to bedzie bolało i wsadził mi rękę, wiecie gdzie...i podczas skurczu zaczał palcami(recznie) rozwierać mi szyjkę macicy. Myślałam, ze mu się posr** na łóżko, dupe z bólu unosiłam do samego nieba, aż w końcu skończył...Stwierdził, ze jeszcze troszkę i poszedł...Potem już nie wiem ile leżałam, wyjąc i krzyczac z bółu...strasznie sie kulałam po łóżku, tylko dzieki rurom (z prawej i z lewej strony łóżka, ok 10 cm zamocowane nad nim)nie spadłam z niego. między skurczami słyszałam, ze szyją pacjentke obok, a potem słyszałam, ze ją odworza. Gdy słyszałam, ze już wracają (słyszałam zbliżający się tupot korami)poczułam nie ten ból który czułam od 5 godzin, ten był inny...coś rozrywało mnie tam w srodku i w końcu próbowało wyjść, czułam jaby mi się chciało zrobić kupe- to były bóle parte. Ale co tu robić??Przeć czy nie przeć, wstrzymywac czy nie,  oddychać nie oddychać?? Na sali byłam sama, nikogo w pobliżu, a Panie które przyjmowały poród obok, przepadły. Zaczełam krzyczeć "siostro, siostro!" Usłyszałam przyspieszony krok położnej i jeszcze czyjs...Gdy stanęły w drzwiach powiedziałam "ja rodze"(hehe,,, coś nowego?!), na co ona "ale my wiemy", a ja jej na to "ale dziecko wychodzi" Jej oczy stały sie miej wiecej jak 5 złotówki, podbiegła do mnie, ściągnęla kołdre i zajrzała.Odpowiedziała, że rzeczywiście rodzimy i w zadnym wypadku nie mam jeszcze przeć, nawet gdyby mi sę bardzo chciało, kazała mi oddychać(?), potem Panie miały takie ruchy, jak na jakim torze wyścigowym...Fartuchy latały...Położna w locie zdejmowała jeden, a zakładała drugi..wołały jakieś inne Panie do pomocy, w miedzy czasie załamały łózko w połowie  tak ,ze tyłek miałam w powietrzu. Od rur które były przymocowane do łózka wyciągneły 2 jakby pedały i 2 rączki- specjalny sprzęt, dzięki któremu mogłam się zaprzeć. w tle zmów usłyszałam telefon...to Marcin dzwonił...słyszałam tylko tyle, ze ktoś mówił mu, ze właśnie rodzimy, a gdy on zapytał, jak to...odpowiedziała, że za ok. 5 minut dzidzia będzie na swiecie i można przyjechać. Zaraz potem na około mnie zebrała sie 5 kobiet...Połóżna, 2 Panie pielęgniarki od noworodków i 2 Panie do pomocy...Te od noworodków przytargały coś jak plastikowe łóżeczko, połóżna usiadła sobie w moim kroczu, 1 pani staneła obok mojej lewej nogi i obieła w kolanie, a druga staneła za mną żeby potem podczas parcia trzymać mi główe do klatki, jak im powiedziałam, ze to nie potrzebne, żeby mnie tak trzymać, to połóżna stwierdziła, ze lepiej będzie gdy te Panie mi pomogą i ze nigdy nie wiadomo, co rodząca wymyśli...(mogłabym np. zacisnąc kolana...)A potem szybko mnie poinstruowała, że jeśli chce szybko urodzić to musze jej słuchać i nie robic czegos czego ona nie każe...czyli przeć z całej siły gdy każe, wstrzymywać gdy mówi trzymaj, nie krzyczeć gdy pre, tylko mieć buzie zamkniętaz nabranym powietrzem i mam mieć podczas parcia zamknięte oczy...potem spojrała na KTG i stwierdziła, że mam sie przygotowac, bo zaraz będzie skurcz...no i sie zaczał nabrałam duuuużo powietrza i gdy powiedziała teraz zaczelam przeć z całej siły...gdy się tak naprawde zaczelam rozkręcać położna powiedziała ze widzi czarne włoski i nagle kazała mi wstrzymać. Pielęgniarka, która stała i trzymała mnie za kolano zapytała co ona robi, na co ta jej odpowiedziała "dziewczyna jest młoda ma elastyczne ciało ,wiec może obedzie sie bez nacieć i pękniec" i poczułam, ze rozciera mi krocze, tak żeby główka przeszła, az w końcu kazała przec i udało sie! Za pierwszym razem urodziłam główke i nie pękłam.Okazało się, ze mała zamiast rączki trzymać przy sobie podczas porodu rączke ułóżyła koło głowy..a oprócz tego była 1 raz okręcona pępowiną Położna odkręciła pępowine, przekreciła dziecko w bok i zaczał sie kolejny skurcz teraz kazała przeć do woli. Znów się pożadnie zaparłam iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii..............juuuuuuuuuuuuuuuż!!!!! Godzina 14.15, Po 5 godzinach bólów, 15 minutach parcia i w drugim parciu  urodziłam dziecko!!!tak nagle ból minał...Usłyszałam ma Pani córkę.....Ulzyło mi UfffffffffffPołóżna odciela pepowinę i pokazała mi moje maleństwo...czułam zmieszane uczucie radości i wzruszenia...łzy stały mi w oczach, była tak piekniutka i wyglądała zdrowo...nie bardzo chiała zapłakać a połóżna powiedziała, no maleńka daj głos mamie, żeby wiedziała że ma dziecko....i mała zakwiliła...Ech...to było piekne uczucie...Nie potrafie wam tego opowiedzić, to było to na co tak długo czekałam...
Panie od noworodków zapytały o imie," Zuzanna" odpowiedziałam. Na co Panie z wielka radoscią odpowiadały , że Zuzia to takie ładne imię....i że też chciałyby mieć Zuzie.Owinęły małą i zabrały na badania...a ja musialam jeszcze urodzić łóżysko...znów się zaparłam jakbym miała urodzić kolejne dziecko, a okazało się, ze mogłam w to parcie włóżyc o połwę mniej siły niż w rodzenie dziecka...Pszło bardzo lekko. gdy obejrzała pepowinę, stwierdziła że jest na niej węzeł prawdziwy. Zapytałam co to takiego. Odpowiedziała, że to taki szypełek na pepowinie i gdyby mała w brzuchu pochasała jeszce bardziej lub gdyby pepowina była by krótsza to ten węzeł zacisnął by sie i mała mogłaby sie udusić...Jak zapytałam skąd on się wzioł na niej to odpowiedział, że mała poprostu sama go zrobiła od fikania w brzuchu.  Potem pani poóżna ogladneła mnie czy łóżysko dobrze się odkleiło, wszystko było OK i co najważniejsze doszły mnie słuchy, ze z Zuzią też wszysto dobrze. Potem opłókały mnie obwineły w  jakąś wate i przyszedł czas na przeniesenie sie na sale w której od 3 dni mieszkałam. Panie podprowadziły mi wózek, a ja na to, że czuje się tak wspaniale i że jestem uskrzydlona do tego stopnia, że sama na własnych nogach mogę iśc, bo naprawde baaaardzo dobrze się czułam!!!! Stwierdziły, że lepiej nie ryzykować, bo mogłabym z wycieńczenia mdleć. Nie mogłabym Panią odmówić....skoro tak bardzo nalegały! Zawiozły mnie na salę, od drzwi sali  chwaliłam się koleżance, że mam już córkę! Potem przesiadłam się na moje łóżko i ze szczęscia popłynęły mi łzy! Tak bardzo byłam szcześliwa! Z tego szczescia wyrwał mnie znajomy głos i pytanie, już urodziła??? Wtedy słyszałam kroki i w drzwiach mojej sali stanął Marcin! Podbiegł do mnie, a raczej szybko podszedł...i mnie mocno ucałował! Boze jaka ja byłam szczęśliwa!!!!Zaraz za M. staneli w drzwiach teściowie pogratulowali nam, a raczej mi...podeszli, żeby mnie uściskać, a wtedy ja powiedziałam do teściowej "wszystkiego najlepszego mamo...". Znów łzy wzruszenia...potem poszli obejrzeć małą...Marcin przyszedł jeszcze bardziej szczęsliwy niż był. Spośród 6 dzieci miał wybierac, które jego, które najładniejsze...i wiecie co...trafił od razu...trzymał ja jako pierwszy na rękach...Po 2 godzinach od porodu wstałam, komplikacji nie miałam....iii w końcu musialam ujrzeć moje maleństwo. Z dumą wyszlam na korytarz, a połóżna nadziwić się nie mogła mojej werwy, ikry...czułam się wspaniale, ze góry mogłabym przenosić. Poprosiłam panią od noworodków, zeby w końcu przynosła mi Zuzie. Przyniosła i od tej pory stałyśmy się nierozłączne...............THE END

P.S. mam nadzieje, ze was nie zanudziłam i dotrwałyście do końca... może troche duże to opowiadanko, ale ja inaczej nie potrafie...
« Ostatnia zmiana: 12 maja 2008, 09:13 wysłana przez Maja »