e-wesele.pl

social media

Autor Wątek: Dżeki i Nuka razem od 9 maja 2009 - parę niedźwiedzich fotek  (Przeczytany 6500 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline paooolka Kobieta

  • Niufomaniaczka
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 05.09.2009
bosko opisujesz! az chce sie czytac!

Offline monijane Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 29.08.2009
Moje Szczęścia :-)
On 2011
Ona 2015
On 2017

Offline asia555 Kobieta

  • forumowicz
  • data ślubu: 18.07.09
Kochani gratulacje! I REWELACYJNA relacyjka!!

Offline Nuka Kobieta

  • nowicjusz
  • data ślubu: 09.05.09
Na początek mała dygresyja specjalnie dla mojego Pana, który to po ostatnim kawałku relacji zainteresował się moim piśmiennictwem w stylu: poka, poka! No i porwał mi laptoka, żeby przebrnąć przez cały wątek. Mówię mu… Kotek, toć Ty wiesz jak było na naszym weselu.. ale oczywiście jako wielbiciel mojego talentu (hihi) nie dał laptoka z powrotem wyrwać. No i oczywiście było „ale” do tego efektu łał, którego nie zachował należycie (patrz część pierwsza). Nadąsanym głosem zarządził: „a teraz napiszesz cytacik, że ja taki model jestem, że mam efekt przytkania, który wyklucza z założenia efekt „łał” i taki zademonstrowałem i że ja mam efekt łał codziennie jak się budzę i widzę Cię przy sobie” No zmiękczył mnie….
(minuta zmiękczenia objawiająca się mglistym wzrokiem i głupią miną…)
To co? Wybaczymy mu? :)

Oczywiście na weselu nie mogło zabraknąć pociągu Rynkowskiego ani Jesteś szalona (te, które uważają że to kicz, nie czytać :P) byliśmy zadowoleni z zespołu, grali i do tańca i do różańca i polskie i zagramaniczne, i dla Cioci Józi i dla luzaka kuzyna Damiana, joł! Biedna Panna Młoda robiła na weselu za wielbłąda.. już tłumaczę… wiecie, czemu nie miałam kłopotów z odwiedzaniem WC? Bo nie mialam czego tam zostawiac :P Jak tylko obierałam azymut na moje miejsce przy stole z dziką żądzą wypicia czegokolwiek co mokre, to ktoś mnie przechwytywał w drodze, a to kapela miała jakies ustalenia, a to siostra mówi że potrzebuje klucza do kanciapki, a to wujo Zdzich żąda kolejnego tańca, a to ktoś tam macha i kiwa, żeby podejść… Nic to, trzeba było przełknąć pragnienie i liczyć, że oponka z tłuszczyku przejmie funkcje magazynujące wodę jak u wielbłąda własnie i nie padnę przez następne parę minut, kiedy to znów podejmę próbę dotarcia do szklanki…
Tort… z tortem była heca, bo wspomniana już uparta perfekcjonistka, (ta w białej sukni) stwierdziła że SAMA sobie go ustroi, łapkami swojej siostry i własnymi kwiatami i motylami. Sęk w tym, że taka dekoracja jest dość pokaźna z  racji wysokości kwiatów (nawet samych główek) i za skarby piratów, nie wejdzie razem z tortem na przywieziony stelaż. No… mając wybór albo tort albo dekoracja wybrałam to trzecie… czekanie na stelaż pary, która (błogosławić niebiosa) miała wesele w drugiej Sali na drugim końcu hotelu. Jednak kiedy tort wjechał to miałam mieszane uczucia, nie że „jeść czy nie jeść” bo żadna dieta by mnie nie powstrzymała, tylko - czy tak to powinno wyglądać i gdzie do choroby jest reszta kwiatów z pokaźnego wiadra?? Okazało się, że pan kelner starał się dotrzymać godziny wydania tortu (co w końcu nie było aż tak wazne) i poganiał moją biedną siostrę, która jak ośmiornica przebierając łapkami w ilości ośmiu naraz, pakowała te kwiaty na tort (6 placków to wyzwanie). Gdybym wiedziała, że ją tak pogania to wpakowałabym swój tiulowy tyłek do kuchni (być może strącając trochę zastawy z półek kołem i koronkami) i tupnęła nóżką, żeby tort wyglądał tak jak powinien zanim wjedzie na salę. No i tu właśnie jest tak, że wszystkiego nie dopilnujesz… Ja to tupać umiem, jeśli mi zależy na czymś, a tu niestety nie mogłam się wykazać obcasem. Mój małż ochoczo zabrał się do krojenia, kurcze az myślalam że sam go pokroi beze mnie, trzymałam mu tylko łapencję a ten dawaj ciachać potwora :) Tort okazał się być dobry, miejmy nadzieję że jego smak przyćmił jego nie dokońca dopracowany wygląd…..(rany czy u was też tak pada? Ładną jesień mamy tego lata.. - to był oddech polączony z tępym wzrokiem skierowanym za okno)
Po torcie był walc dla taty…. A może przed? Pamięć mam dobrą, ale krótką. Zawsze chciałam zatańczyć z ojcem na własnym weselu właśnie walca i tak zrobiłam, goście zrobili kółeczko a my w środku - polecam :) z dedykacją oczywiście dla najlepszego taty na świecie co to mnie ułamków uczył i trajektorii lotu papierowych samolotów… i życia mnie uczył też.. (chwila zadumy.. i łezka w oku).
Podziękowania dla rodziców zaczęliśmy z koszami kwiatów w ręku, z fotoksiążkami, które sama zrobiłam i z pustką w głowie (mąż) i tysiącem mysli (żona - jako bardziej medialna - usta tego związku, mówiłam Wam już, że jestem okropna gaduła? :)) Uspokoiwszy małża, że biorę to na siebie, zaczęłam mówić. W sumie wyszło nawet składnie (tak mówi wideo) i hero ze mnie takie wyszło, jakbym codziennie dziękowała z kwiatami, w sensie pełna mobilizacja, ani grama łez ani grymasa na twarzy i w ogóle jestem z siebie dumna i się nie poznaję, że to ja - etatowy płakus. Najpierw mieliśmy pomysł, żeby obejść tą łzawą sytuację w taki sposób, że nagramy się na kamerę i wyemitujemy na rzutniku, łącznie z jakąś piosenką czy pokazem slajdów z dzieciństwa… pomysł był, ale umarł, chyba nie wystarczyło mu siły przebicia w ostatnich przygotowaniach. I wiecie co? Można przygotowywać ślub pół roku, dziesięć miesięcy czy 2 lata, ale I TAK się o wszystkim nie pomyśli. Musicie wziąć poprawkę na to, że mówi to obrzydliwa perfekcjonistka, ale takie własnie mam wrażenia. Ślub był - opinią gości - super, ale ja widzę te małe mankamenciki i solą mi w oku są.
Po północy czas na oczepiny. Dobra rada cioci Nuki jest taka: przed dwunastą poluzujcie sobie welon, tzn odepnijcie go i niech się trzyma prowizorycznie. Moja biedna świadkowa walczyła z wsuwkami na środku Sali  dobre dwie minuty, co było i dla mnie niewygodne bo wyższa od niej jestem i musiałam przez te dwie minuty przyjmować pozycję „na Małysza”. Zabaw oczepinowych nie było wiele, wzięlam sobie zbyt do serca przestrogi moich rodziców, że nasi goście nie będą chcieli się bawić oczepinowo, a summa summarum oni się zabaw domagali, dziś wiem, że zrobiłabym je bardziej rozbudowane. Małż pękał ze śmiechu w rogu Sali, oglądając wesołą, mocno już napełnioną procentami ekipę z pracy, walczącą o krzesełko. Śmiech był tym bardziej, że tacy procentowi ludzie mają znacznie mniejsze zdolności percepcji i przyswajania słowa tłumaczonego. No więc kapela mówi, że tańczymy wokół krzesełek, muzyka gra, przestaje grać, wykonujemy zadanie i dopiero wtedy siadamy na krzesełka, niby wszystko ok., a jak przychodzi co do czego to i tak wszyscy rzucają się na krzesła przed zadaniem. Oczywiście, gdyby nie pomoc Pań (bo to zabawa dla Panów była) to nikt by pewnie zadań nie wykonał, bo panowie zamiast biec np.  po kieliszek wódki to pilnowali krzeseł niby złe brytany budowy a panie latały w szpilkach z tymi kieliszkami, z owocami, z pantofelkami itp., przynosząc swoim panom zadane rekwizyty. Z relacji świadków, w części Sali gdzie Panie polowały na potrzebne rekwizyty panował rozgardiasz, wrzask, rwanie włosów i rajstop, przepychanie, piski i łomot odsuwanych krzeseł. Nie wiem, nie widziałam, pilnowałam pękającego Małża :)
Z zabaw, które później widziałam dopiero na DVD był walczyk Labada. Ja sama nie lubie się w to bawic, ale widok ciotek i kuzynek wyginających się, trzymających za uszy albo skaczących w kucki z racji niewygodnych spódnic - bezcenny i tak oto stanowią ciekawy ozdobnik filmu.
Koło godziny 2 w nocy miałam mały kryzys ze zmęczenia i stwierdziłam w duchu, że dobry gość to gość za drzwiami (od strony zewnętrznej, jakby kto pytał) :) gdyby tak można było zarządzić mały brejk… na wymoczenie stóp (albo tego co z nich zostało) chociaż chyba po tym brejku już bym się nie podniosła. Chodziłam już na bosaka, albo raczej w getrach, bo tyle zostało z pończoch :) Jednak ślub i wesele plus przygotowania to maraton, czułam się jakbym pole orała przez trzy dni. Obmachawszy na dowidzenia wszystkich tych, co wyjeżdżali, obdarowawszy gawiedź kurczęcymi nóżkami, golonkami i ciastem mogliśmy pójść w końcu na górę do hotelowego apartamentu….
Tu nastąpi stosowne milczenie na tematy co działo się potem :))))))) (minuta ciszy, brewka do góry i zawadiacki uśmieszek)
Rano pierwszą osobą, którą zobaczyłam, poza mężem oczywiście …była… kto zgadnie? Kto ? kto?  No pewnie, TEŚCIOWA, (pani w pierwszym rzędzie wygrała roczny zapas patyczków do uszu!!). Czułam się jakby trochę głupio, kiedy nowa mamcia wparowała do pokoju celem popędzenia zmasakrowanych małżonków głosem nieznoszącym sprzeciwu: wstawać, wstawać, goście już śniadanie jedzą i zaraz będą wyjeżdżać, trzeba ich pożegnać. No tak, nasi goście hotelowi dzielą się na takich co to cichcem i bladym świtem wymknęli się sami, na takich co to nas zerwali z łóżka bo na własną rękę zażądali śniadania na godzinę 8:00 i na takich co grzecznie spali i zjawili się dopiero na umówionym objedzie o 11:00. No więc stoi moja teściowa w drzwiach a ja głupio wyglądam z rozczochranymi lokami naokoło pokoju (tona lakieru i wyjęte wsuwki dają malowniczy widok) i w kusej czerwonej koszulce nocnej w kropeczki a’la moulin rouge…
Zeszliśmy na dół na śniadanie, mając oczy podparte zapałkami, błogosławiłam moją własną mamę, która przypadkiem miała ze sobą japonki (płaskie obuwie, charakteryzujące się tym, że prawie ich nie ma) i dzięki tymże japonkom mogłam się przemieszczać (zapomniało mi się butów na zmianę….) i tak do wdzięku brakowało mi tysiąc mil morskich a łazikowanie było w stylu „koń kuleje”, ale uśmiech na facjacie starałam się zachować. Babki! Tak spuchniętych stóp to ja nigdy nie miałam :/
Obiad poprawinowy przebiegł spokojnie, w końcu mogłam coś wszamać bo nerwy puściły a kuchnia była naprawdę dobra. (Miałam wesele w Prusicach pod Wrocławiem i zawsze będę wielbić ich udźca wieprzowego, niech żyje, żyje nam… a właściwie niech nie żyje tylko niech będzie chrupki i rozpływający się w ustach mmm….) A właśnie, troszkę o kulinariach: na weselu niewiele jadłam, pamiętam jeno rosół, ale potem rzuciłam się na arbuza, podanego w kuleczkach, znajoma dolała do nich Martini… pyyycha. Mięsko wszelakiego typu wchodziło też super, zwłaszcza różnego rodzaju rolowańce z niespodzianką, dewolaje, cygany i insze.  Gołąbki były koncertowe, tak samo krokiety, a ciasto…. Oj Wrocławianki… jakby którejś zależało na dobrych DOMOWYCH ciastach i nie zależało równocześnie na benzynie (bo trzeba się po nie pogibać pod Wrocław) to służę namiarami na babeczkę w Rościsławicach, której ciasto-mus czekoladowy będę wielbić na wieki wieków amen. (Z kawałkami czekolady do pochrupania w środku…. Ile z was ma już ślinotok? :))
No to czas kończyć relację… Powiem wam jeszcze tyle, że ciężko nam się było zabrać z powrotem z kiecką, żarciem, prezentami, częścią kwiatów i tysiącem innych mniej lub bardziej  potrzebnych rzeczy, rozpakowywanie aut trwało trochę, dlatego trzeba pomyśleć o tym wcześniej, poprosić o pomoc.
Życie jako małż i małżowina rozpoczęliśmy w pokoju z kupą kwiatów, uwielbiam je i cieszyłam się nimi (przeczekały wesele w moim mieszkaniu w wannie, dzięki moim kochanym siostrzeńcom, co je tam przestrasnportowali) rozstawiwszy każdy bukiet w osobnym naczyniu co zajęło 80% dużego pokoju i pozbawiło nas szklanek i garnków na następne kilka dni. Wszystko co miało dno, robiło za wazon, suuuper budzić się w takim otoczeniu :) dobrze że nie jestem alergikiem :P
No i tak sobie żyjemy do dnia dzisiejszego, kiedy to nie kolor sukni jest problemem, ani więdnąca butonierka, a rozmiary geberitów i wyższość wanny nad prysznicem, bo wijemy sobie teraz gniazdko…
A o wiciu może tez powstanie jakaś relacyjka, ale to już nie w tym dziale.
Pozdrawiam wszystkie te, co wytrwały do końca gadulstwa Nuki.
KONIEC


Offline matrix0007 Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 13.08.2011
jeszcze nie koniec bo tak dobrze się czyta :D

Offline majcia Kobieta

  • bywalec
  • data ślubu: 18.07.2009
Fantastycznie!!!! Jakbym czytała jakiś felieton Wojciecha Mana lub tego typu  gawędziarza  ;D

Po prostu ekstra!!!  ;D

Offline paooolka Kobieta

  • Niufomaniaczka
  • Chuck Norris
  • data ślubu: 05.09.2009
no nie, jaki koniec!!!! chcemy jeszcze!

Offline Nuka Kobieta

  • nowicjusz
  • data ślubu: 09.05.09
To jak chcecie jeszcze to na inny temat :) i w innym wątku :) może w żonkach...? hmm jak będę mieć wenę to zaproszę na kolejne gadulstwo :)

Offline matrix0007 Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 13.08.2011
no to czekamy na żonkowy  ;D

Offline Bea027 Kobieta

  • entuzjasta
  • data ślubu: 22 sierpień 2009
Czekamy czekamy bo milutko się czyta :) Pozdrawiam cieplutko  :-* :-* :-* :-*

Offline marta83 Kobieta

  • bywalec
    • Relacja
  • data ślubu: *  09.05.2009   *
Super sie czytalo....masz talent do pisania  ;)  
Tez szukamy kompromisow w sprawie 'wyzszosci wanny nad prysznicem'   ;D

Pozdrawiam serdecznie  :D

Offline monijane Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 29.08.2009
Czytanie Twojej relacji to czysta przyjemność ;D
Moje Szczęścia :-)
On 2011
Ona 2015
On 2017

Offline madzia_n Kobieta

  • Chuck Norris
  • data ślubu: 22 sierpnia 2009
Super relacyjka, naprawde masz talent :) Ciesze sie, ze w rezultacie wszystko poszlo super :)

Offline matrix0007 Kobieta

  • maniak
  • data ślubu: 13.08.2011
kiedy żonkowe będzie?

Offline nnniuniek Kobieta

  • forumowicz
szkoda, że to już koniec.. bo super się czytało Twoją relacyjke i muszę przyznać, że naprawdę masz talent i te poczucie humoru... ;)